| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
RSS
środa, 05 grudnia 2007
0-800 Korporacja
W zasadzie Pocieszka zakończyła swój blogowy żywot, ale dzięki propozycji Małego R. miałem okazję wziąć udział w projekcie Metroblox.

Ponieważ pisania trochę już mi zaczęło brakować, oczywiście nie odmówiłem. W gazecie jak to w gazecie: miejsca na moją radosną twórczość tak do końca nie starczyło (oj, wiem, jak to się tnie do liczby stron dzielonych przez cztery, żeby drukarnia mogła puścić), okolicznościowa metrobloksowa twórczość znajdzie się tutaj. To miniatura szyta na miarę - miało być 3500 znaków i tyle mniej więcej jest. Stąd pewna skrótowość opisu i całej historii.

Tematyką historyjka nawiązuje oczywiście do Pocieszki, bo to też historia o pracy. Tu podziękowania dla Marty P. za opowiedzenie mnóstwa historii - lepiej bym tego nie wymyślił, bo do głowy by mi nie przyszło, że tak może wyglądać praca. A tu ludzie ludziom...

Tych, którzy trafili na Pocieszkę po raz pierwszy, zapraszam do przeczytania efektów mojej prawie dwuletniej zabawy. Niestety, specyfika blogów jest taka, że początek jest na końcu. Leniwym, którym nie chce się przegrzebywać wszystkiego, całość w poręcznej formie PDF-a chętnie podeślę - proszę dać znać mailowo na marton@interia.eu.

---------------------------------------------------------------------------------------------

0-800 Korporacja

Dzień 1

Może to i jest dobra praca, ale co z tego, skoro nie da się tej informacji sprzedać rodzinie. Bo jak wytłumaczyć babci, co to jest korporacja, już o call center nie wspominając. Oczywiście zawsze można powiedzieć, że się pracuje na centrali, ale raczej nie uznają tego za sukces.

Dzień 5

Jako człowiek, który już za średniego Jaruzelskiego zaprzyjaźnił się z komputerem Commodore 64, nie spodziewałam się, że pierwszy cios zdradziecko zada mi technologia. Poległam na przyciskach. Wbrew pozorom F1 – rozmowa z klientem, F2 – oczekiwanie na rozmowę z klientem, F3 – raport z rozmowy z klientem bardzo łatwo pomylić z F9 – wyjście do toalety (limit dwie wycieczki dziennie) lub F10 – przerwa na lancz (limit 15 minut). Jedno F9 za dużo i na ekranie kierownika moje nazwisko zaczyna migać na czerwono, co automatycznie kończy się wezwaniem na dywanik (a dokładnie na wykładzinkę PCV). O dziwo, nie ma funkcji podświetlania na zielono, kiedy przerwa na paśnik gdzieś się zapodzieje z powodu nawału telefonów.

W ogóle moja nowa praca jest jakimś fenomenem fizyki. Zamiast po ośmiu godzinach wychodzę zawsze po dwunastu, więc najwyraźniej czas ulega zakrzywieniu. Albo kodeks pracy nagięciu.

Aha, zapisać: kodeks pracy to wyrażenie, które powoduje u kierownictwa silne objawy nerwowości (pocenie się, przebarwienia cery powyżej kołnierzyka). Unikać stosowania.

Dzień 14

Zaczynam czuć korporacyjne poczucie humoru. Niestety, drogą selekcji negatywnej. Mój żart na temat firmowej nomenklatury spotkał się ze stalowym chłodem spojrzeń. Tych nielicznych, które oderwały się od monitorów. A po prostu zapytałam, czy kierownika zwanego tu uparcie z angielska superwajzorem nie można by wiernie spolszczyć na nadzorcę albo niewiernie na ekonoma. Chyba szefostwo pojęło konotacje i etymologię, bo nagle zwiększyły mi się normy. Jestem na prostej drodze do zostania Wincentym Pstrowskim telemarketingu.

Dzień 22

Szefostwo postanowiło docenić nasz trud. W uznaniu dla pracy wszystkich korporacyjnych mróweczek każdy zespół otrzymał flagę kraju, który obsługuje, do zawieszenia nad biurkiem. Problem ma nasz specjalista ds. obsługi klienta macedońskojęzycznego, bo jest jeden jedyny, a flaga zajmuje przestrzeń dwóch boksów. Nasza grupa niespełnionych filologów węgierskich nie ma tego problemu – jesteśmy jednością w trzech osobach.

Dzień 37

O ile amerykański użytkownik wiodącego systemu komputerowego dzwoniąc na infolinię obsługi klienta zawsze spodziewa się w słuchawce silnego akcentu z okolic Bangalore czy innego Delhi, to od nas wymaga się wyzbycia się wszelkich słowiańskich naleciałości i przemawiania do klienta najczystszą węgierszczyzną. Ale to zaledwie krok pierwszy. Każdy z nas już jednym tchem potrafi powiedzieć, jakim tramwajem i autobusem dojechać do budapeszteńskiej siedziby firmy – trzeba tylko pamiętać, dla którego z konkurujących ze sobą koreańskich koncernów pracuje się przed, a dla którego po południu. Umiemy wybrnąć z pytań, jaka dziś pogoda w Budapeszcie – w końcu są kamery internetowe. Ale życie lubi stawiać przed nami nowe wyzwania. Jak klient mówiący w słuchawce „To już jestem w tej waszej siedzibie przy (tu oczywiście nazwa ulicy gdzieś nad Dunajem). To teraz do działu reklamacji, na które piętro?”.

Dzień... w zasadzie przestałam liczyć

Jestem już trybikiem z prawdziwego zdarzenia w korporacyjnej maszynie. Właśnie dostałam osobistą kartę magnetyczną do drzwi wejściowych. Napisane jest na niej „Ranga druga”, co mogłoby sugerować jakiś awans. Doprawdy, nie odczułam.

Ale i tak ktoś z moich szefów musiałby zacząć czytać tego bloga i wyrzucić mnie za to z pracy, bo inaczej utkwię tu na dobre aż do etapu złotej smyczy do wspomnianej karty wejściowej...


poniedziałek, 19 listopada 2007
Napisy końcowe, czyli za udział wzięli
Specjalnie dla tych, którzy zdążyli polubić bohaterów tego bloga, słów parę o obecnych ich losach.

Pani Pocieszka, która kazała zaznaczyć, że to od niej wszystko się zaczęło, jest nietypową żoną górnika (też nietypowego, bo drążącego metro, czyli coś, co zaczęliśmy w Polsce w 1983 roku i może na ćwierćwiecze skończymy), bo nie czeka w domu z karbinadlem i modrą kapustą, tylko dalej ku chwale właścicieli poświęca swój czas i doświadczenie na chwałę biura. Ostatnio jednak nieco rozsądniej do tego podchodzi. Podejrzewamy, że młody Chopin przestawał ją kojarzyć jako matkę, a młodszy osesek zaczynał mówić "mamo" do niani, zwłaszcza w okresie nasilenia terminów. Pani Pocieszka może sobie pozwolić na asertywność, ponieważ jest teraz w biurze jedyną osobą, która ma jakieś większe doświadczenie w tym, czym się biuro zajmuje. Gdyby i ona podziękowała za współpracę, można by zacząć gasić światło i wprowadzać syndyka.

I mała filmowa ilustracja, czego Pani Pocieszka chciała uniknąć.



Wciąż pracujący w biurze Docent dostaje coraz to nowe poletka do obróbki, bo chłopak zdolny i do buntu nieskory. Wmawia mu się przy tym, że to awans i rozwój zawodowy, a gdyby kiedyś upomniał się o swoje, to mu się najwyżej zmieni tytuł na starszego specjalistę ds. wszystkiego albo nawet zrobi młodszym kierownikiem. Docent jest już jednym z ostatnich niedobitków niebędących kierownikami albo dyrektorami - procent, jaki stanowi kadra zarządzająca w stosunku do reszty mrowiska jest równie wysoki jak liczba głosów na PZPR w wyborach za komuny. Ale Docent twardy jest i w tych nielicznych chwilach, kiedy nie jest w pracy, prowadzi odnoszącego coraz większe sukcesy bloga o muzyce, która najczęściej brzmi jak transmisja z walcowni Huty im. Sendzimira. Oprócz aktywności intelektualnej wykazuje także fizyczną - był jednym z zawodników biorących udział w historycznym, ostatnim meczu na Stadionie Dziesięciolecia. Na filmie człowiek zachowujący się przy hymnie najbardziej godnie to właśnie Docent.



Kolega Zlew też tkwi w biurze, robi pilnie swoje, ale najwyraźniej popadł w jakiś przygnębiający nastrój, bo nagle postanowił się ożenić, co i zrobił.


Koleżanka Hiszpanka jest nową gwiazdą biura. Wysyła się ją do telewizji i gdzie się tylko da za granicę. Biedactwo nie ma teraz czasu na dotychczasowe zajęcia, bo z racji awansu musi chodzić na te okropne lancze, umawiać się na sushi i jeździć na festiwale do Cannes, zamiast wydzwaniać po ludziach i wyciągać z nich newsy. Ale najważniejsze, że stopka w mailu już zmieniona (pierwsze zadanie dla informatyka w nowej siedzibie) i można się przedstawiać nową funkcją i opowiadać, że od roboty to już inni.


Cichy D(ż)on po zajęciu nowego stanowiska dalej jest cichy, choć sądząc po doświadczeniach piszącego te słowa należy się obawiać, że raczej cichociemny.


Sama Góra oddaje się procesowi wychowawczemu najnowszej pociechy i spija śmietanę z funkcjonowania biura. Wydaje się nie zauważać, że zarządzanie jego biznesem dostało się w ręce kogoś, kto się na tym zna jak Kim Ir Sen na demokracji. Ale życzmy mu jak najlepiej, bo potrafił się zachować przyzwoicie.


Mister Klipczart wylądował w nowej firmie, zupełnie przypadkowo w tej samej co autor. Spotykamy się czasem przed biurowcem, gdzie wśród innych szczurów korporacyjnych on sobie popala, a ja dla towarzystwa marznę i przyjmuję nikotynę oraz substancje smoliste z papierosów nowych kompanów. Łączymy się też czasem we wspólnym ataku na drobne zmory szczurów korporacyjnych, czyli niedziałające bramki wejściowe czy pożerający drobne automat z produktami niezdrowymi, który w godzinach wieczornych bywa ostatnią deską ratunku dla pracujących w dzielnicy biurowców.


O Wajsie słuch zaginął o tyle, że wrócił do swojego biznesu. Moje byłe szefostwo w potoku słów uzasadniających wręczenie mi wypowiedzenia ("dezintegracja zespołu", "czarny PR własnej firmy") wplotła też zarzuty o doprowadzenie do zwolnienia go z pracy przez "kampanię" prowadzoną na tymże blogu. Skoro tak strasznie nie miałem racji to było ulegać? Internet to jednak potęga.


Niższa Szarża może teraz dużo więcej, ale umie tyle samo. Na przykład to...



Bożydarek po okresie fascynacji samozatrudnieniem z powodów żywnościowych (czyli żeby mieć na jedzenie) wrócił w tryby korporacji. Pracuje w tej samej firmie, co niejaki Pan Moherek, ale w innym dziale, bo inaczej by się chyba chłopaki pozabijały. Bożydarek odkrył w sobie talent idola przedpołudniowych telewidzów końca lat 80. i laureata Platynowego Wiertła Romana Waliłki i od dłuższego czasu przeprowadza na własną rękę remont własnego metrażu, który czekał na odnowienie tyle czasu, że zdążył ze cztery razy zdrożeć.


Pani Podomka w dzień odejścia z biura zapomniała naszych numerów telefonów. Pewnie sobie przypomni, jak będzie miała coś do załatwienia, co nie zmienia faktu, że nikt nie wie, co się z nią dzieje.


Od czasu końca IV RP nie ma też wieści od Pana Moherka. Wcześniej był szefem w niemieckiej firmie konkurencyjnej dla biura i zajmował się m.in. kablowaniem na ten blog do wszystkich zainteresowanych i nie. Zważywszy na poglądy Pana Moherka musiała to być firma niemiecka z certyfikatem moralności. Pewnie tak zwani dobrzy Niemcy, którzy chcą płacić odszkodowania, a ich dziadkowie grali w czasie wojny w orkiestrze, a potem byli w NRD. Innych by przecież Pan Moherek nie zniósł. Istnieje możliwość, że po upadku IV RP Pana Moherka przewieziono jak akta WSI do ostatniego bastionu prawdziwych Polaków, czyli Pałacu Namiestnikowskiego.


Pan Layout rozwija swojego bloga i powoli staje się instytucją w branży. Biuro najpierw nie chciało z nim współpracować, teraz Pan Layout może nie chcieć współpracować z biurem.


Panna Migotka kosi konkurencję w branży słodyczy i pracuje dla marek, których w Polsce nie będzie jeszcze dłuuuugo. Taki na przykład Aston Martin jest zachwycony współpracą z firmą Panny Migotki i zleca jej globalne projekty. Przy tym wszystkim Panna Migotka w ogóle się nie zmieniła, dalej jest tym samym uroczym człowiekiem, tyle że teraz uczącym się japońskiego na nowych studiach. Nadal szczerze ufa ludziom, co bezlitośnie wykorzystuję zawsze przedstawiając się jej przez telefon jako firma windykacyjna i strasząc ją zlicytowaniem całego majątku.


Oczywiście wszystkie postacie (z wyjątkiem tych zalinkowanych, których istnieniu nie mogę zaprzeczyć) oraz zdarzenia występujące na tym blogu są fikcyjne, a ich ewentualna zbieżność z rzeczywistością byłaby czysto przypadkowa. Bo przecież takie rzeczy się nie zdarzają. Nie zdarzają się, prawda?
A najbardziej smakuje mi piwo (mrug, mrug) bezalkoholowe.



Strategia klepsydry
Jest taki skecz mojego ulubionego kabaretu Potem z cyklu "Bajki dla potłuczonych". Niejaki Dżepetto wchodzi w publiczność i prosi o podpisywanie petycji do wróżki w sprawie ożywienia Pinokia. I kiedy rzeczona wróżka się pojawia i pyta "Czego chcesz, Dżepetto?", pan stolarz odpowiada "Ja nic, ale społeczeństwo się domaga".
Toutes proportions gardées podobnie się działo, kiedy napisałem, że Pocieszka będzie działać w podziemiu. Nie ma co czarować, że zostałem zasypany mailami, ale kilkanaście bardzo sympatycznych emalii przyszło, w tym takie, których autorzy stanowczo domagali się kontynuowania przygód Pani Pocieszki. Kontyuować z powodów, o których za chwilę, niestety nie mogę, ale postanowiłem się przynajmniej pożegnać. Ostatnią opowieścią i krótkimi informacjami o dalszych losach bohaterów.


W biurze pozmieniało się, oj, pozmieniało. Sama Góra postanowiła spełnić, sobie niestety, moje marzenie, a mianowicie zostać rentierem. To ja całe życie mam pretensje do rodziców, że nie napisali jakiegoś "White Christmas", żebym do końca życia żył sobie leniwie i dostatnio z tantiem. Tymczasem to Sama Góra uznała, że najwyższa pora czerpać z wypracowanej pozycji i postanowiła w praktyce wycofać się z zarządzania biurem. Co tym bardziej, zrozumiałe, że firmie przybył nowy potencjalny akcjonariusz, bo Samej Górze narodził się potomek, na dodatek pierwszy męski. Szef wszystkich szefów zajął się więc wychowywaniem oseska, któremu nadał imię po jednym z najbardziej znanych szefów agencji reklamowych. W sumie chłopa rozumiem - też bym tak chciał. Znaczy być rentierem, a nie nadawać dziecku imię po marketingowcach.
Rządy w biurze objęła Niższa Szarża, co spowodowało potrzebę potrzebę reorganizacji, bo kiepsko zaczęło wyglądać, że zarządzająca ma rzeczywiście szarżę nie za wysoką. Pojawiło się wówczas magiczne słowo, które z tego, co wiem, do dziś powtarzane jest w biurze jak mantra. To magiczne słowo to "struktura".
Pierwsze analizy powędrowały do kosza, bo wyszło z nich, że gdyby poważnie traktować sprawę, to trzeba by jeszcze paru ludzi zatrudnić. A nie ma takiej firmy na świecie, która robi reorganizację po to, żeby ludzi przyjmować. Powstało zatem kolejne opracowanie, które dopasowywało po prostu nazwy stanowisk do pracowników, przy okazji załatwiające prywatne porachunki Niższej Szarży. W dziale termosów wszyscy zostali dyrektorami i kierownikami z wyjątkiem handlowca, który może i wyniki miał świetne, ale i pyskaty był najbardziej. Dostał propozycję nie do odrzucenia i dziś jest już szefem u bezpośredniej konkurencji. Na naszym piętrze zaś zastosowana została nowa strategia zarządzania zasobami ludzkimi. Na swój użytek nazwaliśmy ją strategią klepsydry, bo sprowadza się najogólniej mówiąc do postawienia wszystkiego na głowie. Tak się pechowo złożyło, że najbardziej doświadczeni pracownicy na więcej sobie pozwalali i w związku z tym podpadli Niższej Szarży. Okazało się, że blondynki nie zapominają uwag o ich parkowaniu czy komentarzy o sprzedawcach szaf przez telefon. Sięgnięto więc po sprawdzoną przez poprzedni ustrój metodę "nie matura, lecz chęć szczera zrobi z Ciebie oficera". W ten sposób nagle szefami zostali może nie najbardziej doświadczeni, ale za to pokorni Koleżanka Hiszpanka i Cichy D(ż)on.
W sumie ucieszyliśmy się, że nie żaden obcy desant, ale niestety okazało się, że w przypadku niektórych punkt widzenia bardzo zależy od punktu siedzenia. W nowej siedzibie firmy świeżo namaszczeni szefowie zostali oddzieleni od biurowego plebsu osobnym gabinetem. Co prawda, opowiadali, że bronili się przed tym, jak mogli, ale jakoś nie przekonali reszty, tym bardziej, że do dziś pokutują wolne biurka w pokoju mrówek robotnic. Pani Pocieszka na schemacie nowej struktury znalazła się dziwnie nisko i na boku, mimo że w każdym innym biurze byłaby druga, góra trzecia po Bogu. Na osobny gabinet też nie zasłużyła, ale z tego akurat się cieszy, bo Pani Pocieszka specjalnie nie tęskni za atrybutami władzy.

Niżej niepodpisany udał się na trzytygodniowy urlop. W pierwszym dniu po powrocie okazało się, że nie wykazuje odpowiedniego zaangażowania i uporczywie dezintegruje zespół. Zaczynałem już podejrzewać się o dar bilokacji, ale okazało się, że rozwiązanie jest prozaiczne. Po prostu Koleżanka Hiszpanka i Cichy D(ż)on podczas regularnych audiencji u Niższej Szarży zaczęli powtarzać, że z piszącym te słowa nie da się współpracować. I to jest święta prawda. Bo naprawdę nie da się ze mną współpracować, kiedy popijam sobie Balatoni Kékburgundi w miłej kawiarence w Budapeszcie i nie odbieram telefonów ani maili. Tydzień później więc, w ostatni dzień miesiąca, w piątek, tuż przed końcem pracy zostało mi wręczone wypowiedzenie. Jak powiedziała mi moja osobista matka, z zawodu pedagog pracy, taki termin powiedzenia "do widzenia" to jeden z najpodlejszych numerów, jaki może wykręcić pracodawca, ale po dwóch latach człowiek wie, z kim ma do czynienia, więc mocno zszokowany stylem nie byłem. Niektóre szefowe po prostu ostatni raz z klasą do czynienia miały w liceum. Po kilku dniach przepychanek z kodeksem pracy w roli głównej wystarczył jednak telefon do Samej Góry, by rozstanie przeprowadzić elegancko.
A co do biura, to postawienie na pracowników ze stajni BMW (gdyby ktoś nie znał - bierny, mierny, ale wierny) specjalnych efektów najwyraźniej nie przyniosło, bo rozrysowany został już nowy schemat mitycznej struktury, w którym prostokąty z nazwiskami Koleżanki Hiszpanki i Cichego D(ż)ona zsunęły się już nieco niżej. Firma zaś najwyraźniej postanowiła skorzystać na wyjściu z Polski sieci hipermarketów Geant i przejąć jej hasło: "Wszystko i tanio". Nowym pracownikom proponuje się niebotyczne honorarium w wysokości mniej więcej jednej dwudziestej blondzarobków...
wtorek, 21 sierpnia 2007
Pocieszka schodzi do podziemia
Jak człowiek ma trzy tygodnie urlopu, to nieuchronnie dopada go chęć, żeby się zastanowić. Kiedy inne chomiki codziennie zasuwają w biurowym kołowrotku, taki urlopowicz leży w lesie, patrzy, jak mu LOT czy inna Lufthansa naruszają prywatną przestrzeń powietrzną i dochodzi do wniosku, że swój honor trzeba mieć. Blog jak każde słowo pisane zniesie wiele, ale nie próby cenzury. Tuż przed trzema tygodniami na myślenie zwierzchność poinformowana przez życzliwych o istnieniu bloga zawezwała autora na dywanik i dała mu jednoznacznie do zrozumienia, żeby ograniczył tematykę do spraw obyczajowych i broń Boże nie komentował tego, co się w biurze dzieje. Alternatywa nie została przedstawiona, ale stało się dla mnie oczywiste, że niepodporządkowanie się oznacza pakowanie własnego kartonika. W związku z tym po blisko dwóch latach i trzech rządach Pocieszka schodzi do podziemia. Wpisy będą powstawały dalej, ale niestety nie będą już publikowane, tylko przycumują tymczasowo na twardym dysku. Może kiedyś przyjdą lepsze czasy, gdy ujrzą światło dzienne.
Tym, którzy wiernie kibicowali Pocieszce, bardzo dziękuję. Tym, którzy usiłowali ją zwalczać albo jej przynajmniej zaszkodzić: jesteście małym kamykiem na drodze - wystarczy kopnąć i można iść dalej.
Jeśli ktoś przywiązał się do Pocieszki, to proszę o podesłanie swojego maila na adres marton(małpa)interia.eu, a autor postara się za czas jakiś sprawić fanom drobną przyjemność. Oczywiście, dane nie będą wykorzystywane w żaden inny sposób i w żadnym innym celu.
Niniejszym do zobaczenia.

(Powyższy tekst powstał w całości na prywatnym komputerze autora, poza jego godzinami pracy, a godzina umieszczenia pokrywająca się z owymi godzinami pracy - co też było poważnym zarzutem - wynika jedynie z faktu, że brat autora korzysta z wakacji studenckich, więc przed trzynastą nie wstaje.)
środa, 25 lipca 2007
Docent i bezlitosna topografia
Jak wiadomo, dzielnice dzielą się na lepsze i gorsze. We wsi stołecznej Warszawie tak się złośliwie układa, że te pierwsze nierzadko sąsiadują z tymi drugimi. Mieszkańcy obrzydliwych mrówkowców na osiedlu Ruda co wyjrzą z okna to z pewnością trafia ich szlag, że zaraz pod nosem mają Żoliborz, na którym nie mieszkają. Ludzie z bloków zagubionych pomiędzy magazynami Służewca Przemysłowego upierają się, że mieszkają na Mokotowie (w nowomowie mówi się, że aspirują). Szafy mieszkalne na Stegnach postawiono prawdopodobnie tylko dlatego, żeby ich lokatorom pokazać, że można w stolicy mieszkać w ładnej okolicy - zawsze mogą się przejść na sąsiednią Sadybę. Ta swoista dychotomia dotknęła i Docenta. Zaraz na początku swojej obecności w biurze sprzedał nam informację, że jest mieszkańcem Saskiej Kępy. Saska Kępa wiadomo: Agnieszka Osiecka, modernistyczne wille, ambasady, salon po prostu. Niestety, trafił w mojej osobie na faceta, który z pożaru najpierw ratuje swoje mapy, więc został poproszony o uszczegółowienie topograficzne. I tu okazało się, że najstarszy dowcip o warszawiakach (- Dzień dobry, jestem z Warszawy. - A dokładnie skąd? - Z Ciechanowa) nie jest taki znów abstrakcyjny. Otóż okazało się, że Docent zamieszkuje przy ulicy Afrykańskiej, co już pobrzmiewa jakąś dziczą, słusznie zresztą, bo to żadna Saska Kępa, tylko wspominany tu już nieraz Gocław czyli jedno z najbardziej zdresowanych blokowisk wsi stołecznej. Ma się tak do Saskiej Kępy jak Nowa Huta do Rynku Głównego. Co prawda, na upartego można powiedzieć, że to Kępa Gocławska, czyli początek wspomnianego blokowiska, ale pomoże to jak plaster na ranę postrzałową. Docent, chociaż usiłuje się odcinać od swojego dziedzictwa, to jednak w głębi duszy pozostaje tak zwanym ziomem. I czasem spod całego magisterium wychodzi chłopak z bloku. Poznajemy to po tym, że zaczyna skracać. Zamiast "na razie" mówi "nara", zamiast "do zobaczenia" - "dozo", a ostatnio w słowotwórstwie posunął się nawet do bluźnierstwa i żegna nas albo wita zredukowanym "Szczęść Bo".
wtorek, 24 lipca 2007
Pani Pocieszka emanuje
Pani Pocieszka w ostatnich tygodniach przez większość czasu jest słomianą wdową, bo ojciec młodego Blechacza od poniedziałku do piątku drąży w Krakowie. Pani Pocieszka jako tradycyjna żona górnika wraca pilnie po pracy do domu, smaży jakieś karbinadle i czeka wiernie jak ta Penelopa. Ale musi jednak jakoś emanować tym słomianym wdowieństwem, bo inne kobiety to wyczuwają. Ostatnio na przykład. Dzwoni Pani Pocieszka do zaprzyjaźnionej firmy i pyta, czy może z Jankiem. Pani na drugim końcu drutu musiała usłyszeć pocieszkowe buzujące hormony, bo zadała tak zwane pytanie uszczegóławiające. My usłyszeliśmy tylko zbulwersowaną Panią Pocieszkę: "Porozmawiać, a co innego?".
wtorek, 17 lipca 2007
Bardzo krótka zasada działania Internetu w naszym biurze
Internet w naszym biurze funkcjonuje w ścisłym sprzężeniu zwrotnym z naszym informatykiem - Panem Lipą. Są to zbiory wzajemnie wykluczające się, co oznacza, że jeśli Pan Lipa działa, to Internet przestaje. 
Cichego D(ż)ona pęd do sławy
Cichy D(ż)on ostatnio narzekał, że jest tak cichy, że prawie nie istnieje na blogu. Daliśmy mu do zrozumienia, że jego obecność jest uzależniona od barwności jego życiorysu, a możliwość ma chłopak duże, bo na przykład jako jedyny oprócz Pani Pocieszki pozostaje w związku małżeńskim, więc może jakiś skandalik obyczajowy... Do tego się Cichy D(ż)on nie posunął, ale i tak postawił na mocny akcent. Zaczął, nawet w deszczowe dni, przyjeżdżać do pracy rowerem, a ma do przejchania kawałek stolicy. Zastanawialiśmy się, dlaczego. Brał aktywny udział w dyskusji na temat skrywanych pokładów agresji i jej ataków u - wydawałoby się - spokojnych ludzi. Zastanawialiśmy się, dlaczego. Codziennie wypijał kilka kubków przygotowywanych przez Docenta indiańskich naparów, zwanych eufemistycznie herbatą mrożoną. Zastanawialiśmy się, dlaczego. Kiedy jednak i to nie spowodowało notki na blogu, sięgnął po bardziej radykalne rozwiązanie i rozjechał kuriera z paczką dla biura. Bojąc się dalszej eskalacji postanowiliśmy jednak o Cichym D(ż)onie napisać.
poniedziałek, 16 lipca 2007
Dżamahirijja Docenta
Docent od dłuższego czasu wydawał się nam podejrzany. Zajada się soją, soczewicą i innymi szpinakami, usłużnie robi kawę wszystkim na piętrze, wkradł się w łaski Pani Pocieszki, która nie mówi już o nim inaczej niż "mój ulubiony kolega", mimo tego, że ciągle siedzi w słuchawkach, zawsze jest najlepiej poinformowany, ściąga wszystkie telefony dzwoniące do nieobecnych i generalnie biuro, z akcentem na część żeńską, go uwielbia. I w końcu okazało się: najprawdopodobniej to wszystko lipa, mająca ukryć jakieś niecne działania na rzecz osi zła. Bo Docent ma jak wół w dowodzie: miejsce urodzenia - Darna, Wielka Arabska Libijska Dżamahirijja Ludowo-Socjalistyczna.
piątek, 13 lipca 2007
Pani Pocieszka - hydra nienasycona
Piątek trzynastego upływał nam takoś niepostrzeżenie (może dlatego, że część z nas ostatnio regularnie ucina sobie drzemki na służbowym leżaku czy równie służbowym dmuchanym fotelu), więc Pani Pocieszka postanowiła nieco nam atmosferę ożywić i zaczęła nas nękać terminami. To prawda, że jest to klasyczny łańcuszek, bo Panią Pocieszkę molestuje SMS-owo z alpejskich wojaży Niższa Szarża, ale faktem jest, że Pani Pocieszka tej spirali przemocy nie zechciała przerwać. I co oddamy jakiś raport, to żąda więcej i więcej - a to tabelki, a to zdjęcia, bo dział produkcji ma przestoje, więc jeszcze, jeszcze... Już prawie uwierzyliśmy w tę legendę zapracowanej Pani Pocieszki, która nie wie, w co ręce włożyć, kiedy w wyniku tajnej operacji okazało się, że widoczny na ekranie komputera tekst, nad którym rzekomo tak pilnie Pani Pocieszka pracuje, jest w rzeczywistości wywiadem z "Gali" przekopiowanym dla niepoznaki do edytora tekstu. 
czwartek, 12 lipca 2007
Pan Moherek wyłania się z mroków historii
Walka konkurencyjna uderza w naszego bloga. To znaczy, to jest trochę konkurencja z przymrużeniem oka, bo bardziej chodzi o cechy charakteru, ale jednak. Wyjaśnijmy. Pojawiająca się w zamierzchłych czasach początków bloga postać niejakiego Pana Moherka została szefem konkurencyjnego biura. Nowego na rynku, z zagranicznym kapitałem, więc Pan Moherek poczuł się mocny. A że zbytnio jako pretorianin nowej władzy (zwykliśmy powtarzać, że na prawo od niego jest tylko ściana i to brunatna) nie był przez nas rozpieszczany (w okresach wyborczych wyzywał większość z nas od liberalnych świń), to postanowił nam w rewanżu nieco zaszkodzić i zaczął informować o istnieniu bloga osoby, których informować raczej jest niewskazane. Tu telefon, tam mailik, tam jakaś wzmianka podczas spotkania i powoli całe biuro jest wtajemniczane w istnienie przygód Pani Pocieszki z przyległościami. Ale Pan Moherek z lojalnością i etyką bywał na bakier już wcześniej, na przykład, kiedy będąc czynnym dziennikarzem występował jak gdyby nigdy nic w reklamach prasowych jednej z firm finansowych. Moralność IV Rzeczpospolitej czasem bywa powalająca.
środa, 11 lipca 2007
Są takie rury na świecie, których nie można odetkać
"Jak człowiek wierzy w siebie, to cała reszta to betka/Nie ma takiej rury na świecie, której nie można odetkać" - śpiewał Jerzy Stuhr i niestety nie miał racji. Bo taki Wajs na przykład w siebie wierzył bardzo, a jego błyskotliwa kariera w naszym biurze skończyła się nareszcie i bardzo (dla niego) niespodziewanie. Któregoś pięknego popołudnia wezwała Wajsa Niższa Szarża i następnego dnia już pakował swój kartonik. Mister Klipczart uczcił odejście kolegi gwałtownym odsunięciem jego biurka pod samą ścianę, kiedy Wajs był jeszcze na schodach. My specjalnie nie świętowaliśmy - za dużo nas kosztowało znoszenie panowania Wajsa. Za to dziś ubawiliśmy się setnie czytając w najnowszym numerze wstępniak autorstwa naszego odszedniętego kolegi. Taki manifest wręcz. Nosi wszelkie cechy jego stylu - jest bełkotliwy, infantylny i pełny wydumanych metafor. Ale oddajmy mu głos: "A przecież my utożsamiamy się jakoś z weneckimi kanałami, tureckim słońcem, fińskimi reniferami, czy kuwejcką ropą. A Polska? Jesteśmy dziwnym słoikiem z tajemniczą zawartością, o którym mało kto wie i po który mało kto sięga".

PS. Osoby, które wiedzą, jaka jest tajemnicza zawartość słoika "Polska" albo utożsamiają się z kanałem lub reniferem, bardzo proszę o wpisywanie się w komentarzach. Bo ja ni cholery...
piątek, 06 lipca 2007
Termos na antypodach
Ostatnio była mowa o kupnie dwóch prawych kaloszy, ale kiedy usłyszałem dziś historię z piętra niżej, od razu poczułem się lepiej. Jeden z termosów pojechał na urlop. Urlop spowodowany był faktem, że najlepsza przyjaciółka termosa bierze ślub, a ponieważ wybrańcem jest Australijczyk, to i do domu weselnego kawał drogi. Termos zaplanował więc całą wyprawę, wziął dwa tygodnie wolnego, kupił bilet i tylko po przylocie okazało się, że pomylił daty i jest właśnie dzień po rzeczonym ślubie. Niestety, Australia jest przed linią zmiany daty i numer z Verne`a się nie udał.
czwartek, 05 lipca 2007
Błyskawiczna kara boska
Mówi się, że Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy. Okazuje się, że w okresie wakacyjnym ma najwidoczniej mniej do roboty i pierwszy przymiotnik nie znajduje odzwierciedlenia w rzeczywistości. W ostatni weekend wybrałem się na dobry festiwal do Trójmiasta. Dobry festiwal oprócz braku Majek Jeżowskich i innych Bajmów charakteryzuje się tym, że jest plenerowy i od ubiegłego roku organizowany nie w samym centrum, lecz na lotnisku na przedmieściach. Lotnisko jest w zasadzie betonowe, ale tłuszczy udostępniana jest jego część trawiasta. Pech chciał, że w drugi dzień festiwalu przestrzeń trawiasta wskutek kaprysów natury zamieniła się najpierw w przestrzeń bagnistą, by niedługo później przekształcić się w błotną. To spowodowało, że najbardziej chodliwym towarem w całej aglomeracji stały się kalosze. Ruszyliśmy więc i my całą grupą w podróż do najdalszych hipermarketów budowlanych w poszukiwaniu takowegoż obuwia. W pierwszym niemal wszystkim się udało zdobyć, co trzeba, jedynie ja osiągnąłem sukces połowiczny, ponieważ w moim rozmiarze kalosz był tylko jeden - prawy. Zacząłem więc szczerze przeklinać tego, kto zainwestował w dwa lewe gumaki, zastanawiając się głośno, jakim to trzeba być durniem, żeby to zrobić. Pojechaliśmy do kolejnego sklepu, gdzie jeszcze festiwalowa stonka nie dotarła i w spokoju reszta z nas dobrała sobie kalosze. Ja postanowiłem zainwestować w nieco droższe, bo były wyższe i bardziej eleganckie, ale co tam pieniądze, kiedy człowiek pierwszy raz w życiu kupuje włoskie buty. Na lotnisku wyjąłem mój zakup z samochodu z miną zwycięzcy i zacząłem zakładać kalosze, z uśmiechem litości i pogardy spoglądając na panienki w białych tenisówkach zapadające się w błoto powyżej - również białych - skarpetek. Uśmiech szybko zszedł mi z twarzy, ponieważ okazało się, że oba kalosze są prawe. Włoskie, eleganckie i prawe. Sklep był już za daleko, żeby zdążyć cokolwiek z zakupem zrobić, więc przez cały wieczór dokonywałem ortopedycznej zbrodni na swojej lewej stopie. I już wiem, jakim durniem trzeba być, żeby kupić dwa lewe albo dwa prawe buty. Kara boska błyskawiczna.
czwartek, 28 czerwca 2007
Research matrymonialny Koleżanki Hiszpanki
Koleżanka Hiszpanka szalała ostatnio na głośnej branżowej imprezie. Ponieważ impreza była kilkudniowa i wieczorami składała się głównie z gal i bankietów, Koleżanka Hiszpanka nawiązywała różne, także internacjonalne, znajomości. Jedna ze znajomości okazała się najwyraźniej godna pogłębienia, ponieważ po powrocie Koleżanka Hiszpanka zabrała się ostro do researchu. Najpierw przejrzała wszystkie strony w wyszukiwarkach, potem przepytała nas na okoliczność znajomości obiektu i jego relacji uczuciowo-rodzinnych, a na koniec zaczęła oglądać zdjęcia z pobytu, żeby przyjrzeć się obu dłoniom obiektu, czy przypadkiem nie ma nich obrączki. Informacja o żonie i dzieciach odrobinę ją zdruzgotała. 
Mister Klipczart w potrzasku
Mister Klipczart padł ostatnio ofiarą naszego firmowego systemu zabezpieczeń. Któregoś wieczora przesiadując w biurze usłyszał, jak ostatni poza nim pracownik zamyka wszelkie drzwi i wyłącza urządzenia elektryczne. Ostatnim i najbardziej niepokojącym dźwiękiem okazał się sygnał włączanego alarmu. Mister Klipczart miał 30 sekund, żeby dobiec do centralki i wstukać kod odwołujący włączenie alarmu. Dwie kondygnacje i kręte schody robią jednak swoje, więc Mister Klipczart nie wyrobił się w pół minuty. Pęd miał jednak taki, że wbiegając do przedsionka zatrzasnął za sobą drzwi. Drugie drzwi - wyjściowe - były zamknięte na klucz, więc drogę ucieczki miał odciętą i tak utknął w pomieszczeniu o wymiarach mniej więcej półtora metra na metr. Wydawałoby się, że błogosławionym okaże się fakt, iż Mister Klipczart nie zdążył wyłączyć alarmu. Po pewnym czasie bowiem pod biurem pojawiła się ekipa interwencyjna jednej z agencji ochroniarskich. Jednej, bo z naklejek na budynku wynika, że garażu i parteru pilnują dwie zupełnie różne agencje. Panowie w czarnych trykotach, wyglądający jakby zapomnieli powyjmować wieszaki z ubrań na początku ucieszyli się, że mają włamywacza, ale po dyskusji Mister Klipczart udowodnił im, że włamywać się nie ma zamiaru, chętniej by się raczej wyłamał. Tu niestety panowie z agencji postanowili być złośliwi i w akcie zemsty za swój niepotrzebny przyjazd pozostawili Mistera Klipczarta w zamknięciu. Ten postanowił zadzwonić po ratunek, ale - jak to zawsze na filmach - telefon właśnie się rozładowywał i Mister Klipczart zdążył wybrać zaledwie trzy czy cztery numery. Trzy czy cztery osoby widząc w godzinach wieczornych telefon z biura zareagowały najnormalniej w świecie, czyli pozwoliły się włączyć poczcie głosowej. Mister Klipczart nie widząc nadziei wybił jedną z szybek w drzwiach wejściowych, żeby się w przedsionku nie udusić, zwinął się do pozycji embrionalnej i poszedł spać. Miny pracowników otwierających rano biuro chyba łatwo sobie wyobrazić...
środa, 13 czerwca 2007
Naprawdę groźne piarówki
W horrorach zawsze okazuje się, że najmilsze panie to potem największe psychopatki, ale do tej pory starałem się nie mieszać świata filmu z rzeczywistością. Niestety, czasem wyobraźnia scenarzystów zaczyna się realizować w świecie rzeczywistym. Być może to po prostu niezdrowe inspiracje, ale trzeba znać granice. Na nieszczęście niektórzy nie tylko pławią się w swoich chorych fantazjach, ale jeszcze chcą się nimi dzielić z całym światem. Opisywana już tu kiedyś agencja public relations, którą nazwaliśmy Wampir PR, przysłała informację prasową, która uzmysłowiła nam, do czego jest się w stanie posunąć piarowiec, żeby zdobyć nowego klienta. (Przy okazji uzmysłowiliśmy sobie, że życie gwiazdy showbiznesu nie jest takie różowe.) "W ramach współpracy Wampir PR poprowadzi działania public relations związane z wykorzystaniem trzech sławnych kobiet: Ani Dąbrowskiej, Marii Peszek i Agaty Nowickiej (Endo)". Nas tylko męczą telefonicznie, a w przypadku sławnych ludzi posuwają się aż do przestępstw...
wtorek, 12 czerwca 2007
Koleżanka Hiszpanka przestaje się kryć
Koleżanka Hiszpanka uwielbia z urzędu protestować przeciw wszelkim wpisom o jej rozbudowanym życiu towarzysko-uczuciowym, ale jednocześnie każda nowa publikacja ośmiela ją coraz bardziej. Zaczynam rozumieć, dlaczego tylko pojedyncze gwiazdy wytaczają procesy brukowcom. Taki na przykład romans z Misterem Klipczartem. Niby był wyimaginowany, niby wszystko przez złą interpretację zdarzeń, ale chyba jest jednak coś na rzeczy - trzeba tylko uważnie obserwować. I żeby nie było, że coś nadinterpretujemy, sugerujemy czy plotkujemy - tym razem same suche fakty. Co mamy sobie myśleć, jak Koleżanka Hiszpanka czeka wczoraj na Mistera Klipczarta i wspólnie wychodzą z pracy, a dziś rano kładzie mu na biurku jego spodnie?
Właściwy czas i miejsce
W tytule miało się pojawić jedno z ulubionych słów Włodzimierza Szaranowicza czyli timing, ale pomyślałem, że nie mam odpowiedniego backgroundu do nadużywania angielskich słów. A rzecz jest o tym, jak to trzeba strasznie uważać, co, gdzie i kiedy się robi. Moja osobista konkubina od kilku tygodni nie może się uwolnić od skutków pewnego wydarzenia na Dworcu Centralnym. Któregoś popołudnia odwoziła swoją siostrę na pociąg i przed odjazdem obie panie postanowiły odwiedzić dworcowe księgarnie. Podczas szperania po półkach wpadła im w ręce nowa pozycja niejakiej Anny Ryż, która kiedyś popełniła "Wywiad z wampirem", po czym ciągnęła temat ile się dało, aż główny bohater zaczął doganiać ilością tomów Conana. Nie dogonił, bo pani Ryż przeżyła iluminację i zaczęła pisać kolejny cykl - tym razem o tym, co robił Jezus Chrystus pomiędzy 12. a 33. rokiem życia. Ponieważ ewangelie o tym milczą, a lat jest do opisania dwadzieścia jeden, więc na kilkanaście ładnych części można liczyć. I tak sobie konkubina i szwagierka in spe dyskutują o twórczości pani Ryż, a tu z tyłu dobiega cichy chichot. Konkubina się odwraca i widzi, jakie ubawienie wywołała u Jerzego Pilcha, którego ja darzę literackim uwielbieniem, a i konkubina głębokim szacunkiem. Podłamało się nieco dziewczę i do dziś słyszę w chwilach depresji urywane zdania: "Niezłe wrażenie... Jerzy Pilch... Minutę wcześniej przeglądałam Kołakowskiego...".
Klątwa Beaty Kozidrak
Beata Kozidrak już od czasów wody na pustyni jest jednym z moich najkoszmarniejszych doświadczeń muzycznych. Bez zgrzytania zębami jestem w stanie wysłuchać maksymalnie dwóch jej piosenek i to też raczej tych z lat mojego dzieciństwa. Niestety, co wybiorę się przypadkiem na jakąś imprezę muzyczną, to diva z - jak to mówią w prawobrzeżnej Warszawie - Lublyna dopada mnie z jakąś tą samą chwilą albo żalem za tamtymi nocami i dniami. Tak się stało i tym razem, kiedy zostałem zaproszony na festiwal muzyki popularnej w kurorcie nadmorskim. Z konkubiną zakładałem się nie, czy tym razem okoliczności przyrody zmuszą mnie do wysłuchania pani B., bo to było oczywiste, ale czy kreacją koncertową będą za ciasne skórzane spodnie. Oczywiście, zakład wygrałem, bo nowa inkarnacja Violetty Villas (a może to po prostu prozaiczny dar bilokacji?) wyszła na scenę w spodniach motocyklisty. Ale moje nabijanie się z dokonań zespołu Bajm zostało ukarane, przez osobistą nieuwagę zresztą. Otóż podczas festiwalu należało zagłosować na młodą nadzieję polskiej muzyki. Ponieważ musiałem to zrobić dosyć nagle, popędzany przez piarówców, głosowanie odbywało się na zasadzie wyboru dosyć przypadkowego. Zdecydowałem się na zespół Kashmir, który okazał się największym gniotem wieczoru, co zdecydowanie zawierało się w nazwie, a czego nie zauważyłem. Drobna aliteracja i mamy Koshmar, a i szmirę można w oryginalnym mianie znaleźć. Wszystko stało się jasne tuż przed występem, kiedy prowadzący uzmysłowili mi, że zagłosowałem na córkę Kozidrak Beaty. Zamknąłem się w sobie na cały wieczór, kołysząc się jak dziecko z chorobą sierocą i powtarzając "Jak mogłem? Córka Beaty Kozidrak...".
poniedziałek, 04 czerwca 2007
Pan Lipa inwestuje w nieruchomości
Ciężko tak się przyznawać po raz kolejny do podobnego błędu, ale znów kogoś nie doceniliśmy. Tym razem chodzi o jedną z naszych ulubionych postaci drugoplanowych czyli Pana Lipę. Do tej pory myśleliśmy, że Pan Lipa nie zna się na komputerach - teraz okazuje się, że ma inny ukryty talent i nie zna się również na inwestycjach. Otóż nasz informatyk wyczuł koniunkturę na nieruchomości (trudno nie wyczuć, ba, trudno nie zauważyć, ale Pan Lipa dopiero ostatnio się zorientował) i postanowił tam włożyć miliony z gwiazdorskiego kontraktu, jaki zaoferowała mu nasza firma za to, żeby już, broń Boże, niczego nie próbował ulepszać.
Pierwsza inwestycja ma charakter mieszkaniowy. Pan Lipa wynajął od jakiejś spółdzielni piwnicę, do której przez ostatnie kilkanaście miesięcy lała się woda, co zaowocowało wytworzeniem się bogatej grzybni. Pan Lipa, który wynajął owo pomieszczenie na dwa lata, bo wykalkulował sobie, że opłaci mu się tam zamieszkać, podchodzi jednak do kwestii remontu bardziej jak mikolog niż budowlaniec. Jak twierdzą zorientowani, skuł tynk z niewielkiego kawałka ściany i najwyraźniej traktuje to miejsce, jako tak zwane nowe stanowisko dla wyhodowanego grzyba.
Na czynsz pierwszej inwestycji miała zarabiać druga, ale też niestety się posypała. Pan Lipa wystartował w przetargu organizowanym przez niejakie miasto  stołeczne Warszawa i tak licytował, że został dzierżawcą szaletu w jednym z warszawskich parków. Biznesplan opierał się ponoć na dużej frekwencji matek z dziećmi nawiedzających ów park. Co prawda, jak znam życie, to akurat matki z oseskami prędzej poszukają zarośli niż szaletu, ale pewnie się nie znam na biznesie kloacznym. Niestety, na przeszkodzie w sprawdzeniu założeń biznesowych Pana Lipy stanął sanepid czy inna inspekcja budowlana, która stwierdziła, że przed startem lokalu należy wygospodarować powierzchnię pracowniczą dla dyrektora zarządzającego projektu, zwanego też inaczej babcią klozetową. Patrząc na zapał budowlany, z jakim Pan Lipa remontuje własne mieszkanie, może to jeszcze potrwać. Prze...grane.
piątek, 01 czerwca 2007
Podejrzenie istnienia tajnego życia uczuciowego
Tytuł dzisiaj szalenie skomplikowany, ale nauczeni doświadczeniem zawodowym tak go formułujemy, żeby uniknąć ewentualnych procesów. Skoro życie uczuciowe, to wiadomo, że będzie mowa o Koleżance Hiszpance, bo pozostałe 50 procent kobiet w biurze w postaci Pani Pocieszki ma już sytuację uporządkowaną prawnie i kościelnie. Koleżankę Hiszpankę podejrzewaliśmy już o romans z Samą Górą, ostatecznie jednak to nie ona urodzi przyszłego dziedzica firmy, co jest już kwestią tygodni. Pojawiły się za to poszlaki wskazujące na to, że jakaś chemia miała miejsce między Koleżanką Hiszpanką a Misterem Klipczartem. Ten ostatni (przypomnijmy, że według Pani Pocieszki "wyprzystojniał") jakoś niedawno sporządniał, zapuścił brodę, żeby nie wyglądać tak młodo i staje się duszą towarzystwa. Już to mogłoby sugerować, że na horyzoncie pojawiła się przedstawicielka płci pięknej. Dodatkowo występują między Misterem Klipczartem a Koleżanką Hiszpanką elektryzujące spięcia, które z właściwą sobie celnością Cichy D(ż)on określił jako "dosrywanie pozwiązkowe". Co prawda, Koleżanka Hiszpanka wypiera się jak może, ale na przykład podczas jej imprezy imieninowej Mister Klipczart był jednym z najdłużej pozostających w lokalu gości. Aż trzeba było do niego zadzwonić i nakrzyczeć na niego jako radio-taxi, bo mimo że rzeczywiście taksówkę zamówił, opuszczać gościnnych progów jakoś nie chciał. Bierzemy tu jednak Mistera Klipczarta w obronę, bo i tak jego zachowanie cechuje pewna fantazja, czego brakuje na przykład Wajsowi, który o kobietach wyraża się per "niunie". I może sobie wpisywać w CV, że interesuje go zagadka życia i nieśmiertelności (czym się oczywiście pochwalił). Słoma zawsze wyjdzie, choć dosyć rzadko - jak w tym przypadku - w postaci całego chochoła.
środa, 23 maja 2007
Pomysł na życie dla Wajsa
Mamy skromną propozycję, która nasunęła się nam podczas jednego z upalnych biurowych dni. Wajs w wyjątkowo dobrym nastroju, bo udało mu się spóźnić z nowym numerem tylko o dwa dni, postanowił nas pozabawiać. Cytować nie będziemy, bo blog nie ma ostrzeżenia, że to treści dla osób pełnoletnich, ale to były wyjątkowo ciężkie kawałki. Od razu przypomina się kreskówka z Kojotem i Strusiem Pędziwiatrem, gdzie ten pierwszy komunikuje się za pomocą tabliczek z napisami. Wajs powinien mieć taką z napisem "Koniec żartu" - wówczas zażenowanie usiłowalibyśmy kryć udawanym śmiechem. Brak poczucia humoru to jednak upośledzenie. Powinno się za to przyznawać rentę - miałby chłopak z czego żyć i to całkiem dostatnio...
piątek, 18 maja 2007
Koleżanki Hiszpanki kuchnia pełna niespodzianek
Koleżankę Hiszpankę zawsze znaliśmy z upodobań do oryginalnych potraw, wszak sałatka z krabów czy inne szparagi pod beszamelem to na imprezach u niej najpospolitsze dania. Musimy jednak przyznać, że dziś zastrzeliła nas zupełnie. Podczas całkiem niewinnej rozmowy wymknęło jej się nagle, że spożywa mocz chińskich ciężarnych kobiet. Zmroziło nas nieco, bo tysiąc razy powtarzane przez Koleżankę Hiszpankę zdanie, jakaż to ona jest konserwatywna, musiało już w nas jakoś utkwić. A tu taka niespodzianka. Co prawda potem Koleżanka Hiszpanka wytłumaczyła, że to po prostu dlatego, że lubi pangę, którą się ponoć szprycuje wspomnianą substancją, ale efekt marketingowy pierwszego ciosu wciąż trwa. W końcu na czym, jak na czym, ale na marketingu i reklamie to się Koleżanka Hiszpanka zna.
Mister Klipczart przystojnieje
Pani Pocieszka postanowiła podzielić się z nami pewną refleksją. Któregoś dnia zupełnie z głupia frant zapytała nas, czy nie uważamy, że Mister Klipczart wyprzystojniał. Ponieważ obecnie większość biura stanowi pierwiastek męski, pytanie było w zasadzie skierowane do Koleżanki Hiszpanki. Niestety, nie możemy napisać, jaka była odpowiedź, bo wyszlibyśmy na wazeliniarzy albo narobilibyśmy sobie kłopotów. A wszystko dzięki donosowi Pana Moherka (przemknęła kiedyś przez ten blog taka postać niczym falanga wszechpolaków), który był łaskaw poinformować Mistera Klipczarta o jego zaistnieniu w literaturze. Ten ostatni wykazał się jednak klasą i nie poleciał z donosem dalej, co pewnie skończyłoby się dosyć nagłym zwrotem akcji i tak zwanym otwartym zakończeniem. Czytelnikiem jednak Mister Klipczart stał się wiernym. Ale wracając do Pani Pocieszki, która zabroniła pisać o swojej chwili słabości i refleksji o urodzie męskiej, to musimy wziąć ją w obronę i powiedzieć, że w jej głosie brzmiała nuta obiektywizmu i pytanie było absolutnie niewinne.
Najprawdopodobniej jednak nie obejdzie się bez wendetty, a że Pani Pocieszka zna moje słabe punkty, zemsta będzie krwawa. Na przykład Pani Pocieszka zadzwoni do agenta ubezpieczeniowego, który nękał mnie jakiś czas temu. I tak z niepokojem odliczam miesiące, bo pan powiedział, że za pół roku odezwie się ponownie. Zaczęło się oczywiście niewinnie: jesienią zadzwonił telefon, głos w słuchawce powołał się na człowieka, z którym kontaktuję się służbowo dwa-trzy razy w roku i zaproponował spotkanie. Rozpaczliwie próbowałem wymigać się od tego, ale niestety brakuje mi pewnej cechy ("ja nie jestem asertywny, asertywność jeden" - parafrazując klasykę) i dałem się namówić. W związku z tym dwa razy musiałem przedrzeć się przez pół stolicy do biurowca w jakiejś dzielnicy zapomnianej przez Boga i drogowców, a tam wysłuchać godzinnego wykładu na temat ojców założycieli towarzystwa ubezpieczeniowego, procesu szkolenia agentów i dlaczego jestem wyjątkowym klientem. Pan agent zarysował mi kilka kartek wykresami, które miały obrazować moją świetlaną przyszłość i - to był mój ulubiony kawałek - przedstawił mi dokument firmowy przedstawiający najdziwniejsze przypadki śmierci, za jakie wypłacono ubezpieczenia. Gdybym więc po pijaku wypadł z jachtu i żaglówka przygwoździłaby mnie śmiertelnie do nabrzeża albo gdybym podczas wakacji w Skandynawii szedł bez elementów odblaskowych leśną drogą i stratowałby mnie łoś, to nie tylko nie przepadłyby moje oszczędności, ale jeszcze moi zstępni nie musieliby nawet płacić za transport zwłok. Dziwnym trafem nie przekonały mnie tak ewidentne profity i musiałem panu agentowi odmówić. Pan zrobił się już mniej miły i zaczął ofensywę telefoniczno-mailową, by podrzucić mu kontakt do trzech kolejnych potencjalnych ofiar. Broniłem się długo, ale kiedy za którymś razem w słuchawce zadźwięczał stalowy i nieznoszący sprzeciwu głos pana agenta, złamałem się i podałem telefony do Pani Podomki, Mistera Klipczarta i Cichego D(ż)ona. O ile w dwóch pierwszych przypadkach obyło się bez konsekwencji, o tyle Cichy D(ż)on do dziś mi tej niedźwiedziej przysługi nie zapomniał i w krytycznych momentach naszej szorstkiej męskiej przyjaźni podrzuca hasło "ubezpieczenia".
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8